14
Wrz

MikroMarylin – Historia zakupu

Dostałem sporo pytań na temat Case 1. Postaram się na nie odpowiedzieć, opisując całą historię początków tej inwestycji.

Zaczęło się od tego, co robię dość regularnie – przeglądanie ogłoszeń. Początkowo zupełnie nie zwróciłem większej uwagi na to ogłoszenie. Zdjęcia prezentowane przez biuro nieruchomości kompletnie nie zachęcały do zapoznania się z ofertą. Po jakimś czasie – jako, że jestem wzrokowcem – wiedziałem, że „wisi” ono już dość długo, ale cena stała się zaskakująco niska. Zwykle mieszkanie poniżej 100 kPLN w Gdańsku okazują się być jakimś TBS-em. Zacząłem przyglądać się bliżej… Gdańsk ulica Dobra… hm, niby nie ścisłe centrum, ale 10 minut pieszo od starówki. Ze zdjęć widziałem, że to musi być poddasze, z wykuszem. Na jednym ze zdjęć dostrzegłem widoczne drzewo, cienie wykluczały widok na północ. I jak w filmie szpiegowskim… chwila pracy analityka rozpracowującego zdjęcia satelitarne i lotnicze… przy użyciu Google Earth – cel namierzony z prawdopodobieństwem około 99,99%. Pierwsza myśl, no może… warto.

W tym samym czasie dosyć często zdarzało mi się kursować w okolicach omawianej nieruchomości. Korzystając z okazji postanowiłem sprawdzić, czy ta ulica Dobra taka dobra. Zajechałem i byłem pozytywnie zdziwiony, budynek – stara kamienica – na oko w dobrym stanie. Nad jednym z kanałów, stanowiących niegdyś ochronę starego Gdańska. Droga brukowana z małym ruchem. Blisko przystanek – robiło się co raz ciekawiej. Postanowiłem jeszcze dotrzeć do tego drzewa, które zgodnie z „danymi analitycznymi” miało być od południowej strony w podwórzu. Dotarłem i nagle zaskoczenie – świeci się światło… jest szansa… pojawiły się myśli: może sprzedane… a może nie i właśnie prezentowane potencjalnemu nabywcy… czekać pod klatką? Jak? Przecież są dwa wyjścia z klatki na dwie strony… Jaki to może być numer mieszkania… przecież nie będę dzwonił po wszystkich… a hasło przesyłka po 21.00 będzie podejrzane. W tym momencie pojawił się pan, który podczas remontu swojego mieszkania wynosił gruz i przyblokował wiaderkiem drzwi do klatki. OK, udało się, jestem… wchodzę po schodach na samą górę, zastane widoki i wcześniej widziane w ogłoszeniu zdjęcie klatki utwierdziły mnie, że to już 99,9999%. Stoję pod drzwiami, słyszę jakieś głosy… kurcze, chyba wychodzą… jeżeli się pomyliłem, to jest jakiś % szans – którego nie szacowałem w pośpiechu – by dostać w ryj za podsłuchiwanie pod drzwiami w nocy. Wycofałem się, ale zaraz… tak blisko i się wycofać? Głupie, czekam na półpiętrze i za chwilę z mieszkania wychodzi młoda kobieta z jakimś facetem. Chwilę później siedziałem z nią w tym mieszkaniu… a mina pośrednika, gdy zapytałem, czy mieszkanie jest na sprzedaż, była bezcenna. Przegadaliśmy dłuższą chwilę, dowiedziałem się bardzo dużo o samym mieszkaniu jego historii – było wynajmowane w takim stanie za 600 – 650 PLN – a to już oznaczało dla mnie, że mogłem zapłacić za nie więcej niż oczekiwana cena… (Jeden z wpisów poświęcę tematowi, jak szybko wyceniam nieruchomość.)

Dopytywałem też o przyczyny sprzedaży, nie poznałem ich jasno na samym początku. Właścicielka podzieliła się też ze mną swoją ceną, jaką oczekuje bez uwzględniania pośrednika – już było 70 kPLN. Dowiedziałem się też o problemie jaki miała u dostawcy energii. Przez kilka ładnych lat posiadania nie była w stanie – pomimo wielu reklamacji – przejść przez procedurę przepisania na nią licznika. Po wszystkim umówiliśmy się, że spotkamy się jeszcze raz i jej w tym pomogę. Skoro mam kupić, to trzeba to będzie zrobić. Pomyślałem też, że to będzie też dobry czas, by przemyśleć i złożyć moją propozycję. Tak się stało, pani w okienku początkowo nieugięta… że na wniosku musi być podpis poprzedniego właściciela i że nie ma wpływu bo procedury, które nie uwzględniają, że nie ma z poprzednim właścicielem kontaktu i że podpis musi być na druku, a sam akt notarialny jest ważny, ale rozumie pan - procedura. Sam przez chwilę poczułem, że walę głową w ścianę. W końcu zaproponowałem uczciwie pani z okienka dwa warianty, które czynią, iż procedury zostają "zachowane". Pierwszy - której, byłem zdecydowanie przeciwny - podpisuję się za poprzedniego właściciela i pani ma swój formularz. Drugi - składamy reklamację, bo bez umownie przez kilka lat przyjmowali wpłaty, których zwrotu oczekujemy. Swoich należności mogą dochodzić od tego na kogo jest licznik i z kim mają umowę… oczywiście obecny licznik niech demontują za zadłużenie i podpiszą nową umowę z nowym właścicielem mieszkania. Pani pomyślała chwilkę, udała się do kierowniczki i odtąd niemożliwe stało się możliwe. Po tej całej przygodzie poszliśmy już spokojnie na kawę omówić cenę i warunki transakcji. W trakcie tej rozmowy dowiedziałem się powodu sprzedaży – Pani miała już zadatkowane mieszkanie, które chciała kupić dla siebie. Sprzedała też po długich bojach inną nieruchomość, a nowemu nabywcy chyba przeciągało się uruchomienie kredytu… widać było, że była już tym wszystkim zmęczona, a jeszcze w tle ryzyko utraty zadatku i chwilowe zamieszkiwanie z rodzicami w tym okresie przejściowym. Przyszedł czas na moją propozycje – 50 kPLN płatne gotówką. Notariusz i wpłata nawet jutro… dobrze, że siedziała, a i bez kawy ciśnienie jej podskoczyło. Widać, że była mocno zaskoczona - umówiliśmy się na ponowny kontakt. Noc miałem bardzo długą, wszystkie moje kalkulacje, mówiły mi bierz jak stoi, natychmiast. Następnego dnia dzwonię i usłyszałem, że przyjmuje moją ofertę.

Dalszą historię już częściowo znasz, a następna odsłona na pewno nastąpi. Zachęcam do wysyłania swoich pytań albo zamieszczania ich w formie komentarzy - postaram się  na wszystkie odpowiedzieć.

AUTOR | WOJTEK WALANIA

Przemądrzały, buc i grafoman. Z dystansem do siebie, ale tylko na swoich warunkach. Woli działanie od gadania, ale jak zacznie to nie raz samo w sobie staje się działaniem ogromnie zajmującym - wówczas męska ułomność podzielności uwagi może stopować resztę procesów (z fizjologicznymi włącznie).

Leave a comment  


Follow on Feedly
scriptsell.neteDataStyle - Best Wordpress Services